ROZDZIAŁ PIERWSZY

Ciągle tkwiąc w tym samym, starym koszmarze...



 Nigdy wcześniej nie czułam się taka samotna.
Tłumy mijające mnie na ulicy paradoksalnie tylko utwierdzają mnie w tym przekonaniu.
Moi rówieśnicy, z którymi parę miesięcy temu chodziłam do szkoły, widząc mnie, zaprzestają na chwilę swoich luźnych rozmów by zmierzyć mnie krytycznym wzrokiem. Zaciskam nerwowo wargi i z pozorną obojętnością, mijam ich kontynuując wędrówkę.
Miejscowość, w której mieszkam jest bardzo mała i każdy każdego tutaj zna. Wieści rozchodzą się tu szybciej niż w internecie, a przy okazji takich plotek, każdy dodaje coś od siebie, z czego tworzą się później różne, skrajne wersje tych samych wydarzeń. Sama często jestem ofiarą takowych pogaduszek.
Kiedy już niemal docieram do celu, dostrzegam zmierzającą w moim kierunku Martę, kolejną znajomą ze szkoły, która była największym powodem, dla którego jak najszybciej chciałam opuścić szkolne mury. Spoglądam na nią niepewnie, zmuszając się do czegoś na kształt delikatnego uśmiechu i mówię:
-Cześć...
Marta odpowiada, uśmiechając się fałszywie, co natychmiastowo wyczuwam, po czym mija mnie, bez dalszych, niepotrzebnych rozmów i ciekawskich pytań. Przynajmniej raz, mogę być jej za coś wdzięczna.
Schodzę z chodnika, by pokonać wydeptaną w trawie ścieżkę prowadzącą na cmentarz.
Oddycham z ulgą, kiedy już zamykam za sobą skrzypiącą furteczkę i mogę całkowicie poddać się aurze tego miejsca, które tak często ostatnio odwiedzam. Jestem niemal całkowicie pewna, że nie spotkam tutaj nikogo, kto mógłby kolejny raz zlustrować mnie wzrokiem i poddać ocenie patrząc na mnie tylko z boku.
Wędruję wśród marmurowych pomników, z których każdy następny jest bardziej wymyślny od poprzedniego. Skręcam w boczną alejkę i chwiejnie przechodzę wśród ciasno ułożonych przy sobie nagrobków, po to aby w końcu znaleźć ten właściwy.
Spoglądam na niego i mimo że niedługo miną już dwa lata, cały czas czuję ten sam ból przy sercu, który wypełnia moje ciało nieprzyjemnym ciepłem, kiedy po raz kolejny uświadamiam sobie, że moje wizyty tutaj nie mają żadnego sensu, że to wcale mi nie pomaga, tylko pogrąża w jeszcze większej rozpaczy.
Znów do ciebie przyszłam, Franku. Znów nie mogę z nimi wytrzymać, już nawet moje ulubione słuchawki nie są w stanie ich zagłuszyć.
Stoję tak chwilę jakby mając nadzieję, że otrzymam odpowiedź. Przez moment naprawdę liczę na to, że ten przystojny, uśmiechnięty chłopak spoglądający na mnie z fotografii umieszczonej przy jego nazwisku, za chwilę z niej wyjdzie, stanie tuż obok mnie i obejmie mnie swoim ramieniem.
Tak jak kiedyś.
Był moim jedynym wsparciem i opoką. Jedyną osobą, która potrafiła przywrócić na moją twarz uśmiech, ilekroć z niej znikał. Teraz pozostał mi tylko ten nagrobek z szarego marmuru. Szarego jak moje życie, odkąd Bóg przedwcześnie mi go zabrał.
Niechętnie odwracam wzrok od marmurowej płyty, spoglądając na zegarek. Powinnam wracać do domu. Niby jestem już dorosła, ale rodzice wciąż wypominają mi, że mnie utrzymują i mam się trzymać ustalonych przez nich zasad, między innymi tego, że obiad zawsze jemy o czternastej i nie mogę przyjść ani minuty później. Tak więc jeśli nie chcę słuchać kolejnych obelg pod swoim adresem, muszę przyjść do domu przed czasem.
Żegnam się z Frankiem i ruszam w drogę powrotną.
Czuję jak z każdym kolejnym krokiem ogarnia mnie bezsilność, z którą nie potrafię walczyć. Nie chcę wracać do domu, bo wiem czego mogę się tam spodziewać, a świadomość, że nic nie mogę na to poradzić tylko pogłębia moją rozpacz.
Spaceruję wolnym krokiem, ale to wcale nie opóźnia mojego powrotu do domu. Kiedy wchodzę na teren swojego podwórka, czuję jakby powietrze nagle się zagęściło, utrudniając mi swobodne oddychanie. Zupełnie jak przed burzą, ale akurat w tym przypadku – burza już minęła, pozostawiając po sobie negatywne skutki. Delikatnie zamykam za sobą drzwi, jakby bojąc się, że to mogłoby wywołać kolejną awanturę.
Ciszę panującą w domu zakłóca jedynie telewizor oglądany przez tatę, a to tylko dodatkowo pogarsza i tak już nieprzyjemny, niemal namacalny nastrój. Przechodzę powoli do holu, po czym zastygam w miejscu, kiedy słyszę trzaśnięcie drzwi na górze. Moje wszystkie mięśnie momentalnie napinają się z przerażenia. Nie znoszę kiedy mama to robi. Za każdym razem kiedy pokłóci się z tatą, robi wszystko, aby pokazać swoją złość. Jej być może to pomaga w rozładowaniu emocji, ale mi wręcz przeciwnie. Przez to wszystko czuję się jakbym również była czemuś winna.
-Co tak stoisz? - pyta moja rodzicielka, nagle materializując się przede mną. - Chodź, pomożesz mi w kuchni. Musimy porozmawiać.
Znów zalewa mnie fala nieprzyjemnego ciepła. Nie ma chyba nic gorszego niż zdanie Musimy porozmawiać i to w takich okolicznościach. Domyślam się o co chodzi i jestem pewna, że mam rację. Rodzice planują rozwód, a mama pragnie mnie o tym oficjalnie poinformować. Jeszcze tego tylko brakowało.

Kolejny bezsensowny żarcik Piotrka i gromka salwa śmiechu.
Im dłużej to trwa, tym większe mam wrażenie, że nie powinno mnie tu być. Zupełnie tego nie rozumiem, bo zawsze świetnie się z każdym dogadywałem. Zarówno z męską częścią towarzystwa, jak i ich partnerkami. Potrafiłem się śmiać z nawet pozbawionej najmniejszego sensu wypowiedzi Żyły, a teraz jakbym się uodpornił na jego specyficzne poczucie humoru.
Słucham tych wszystkich rozmów jednym uchem, cały czas myśląc o tym, że jednak wolałbym spędzać to popołudnie w swoim własnym towarzystwie... Tak. Najchętniej zamknąłbym się w swoim pokoju i odciął od tego wszystkiego chociaż na tydzień. Może to by mi w jakiś sposób pomogło docenić to co mam. Bo pozornie nie brakuje mi niczego, a jednak czuję, że czegoś jeszcze potrzebuję, nie do końca wiedząc czego.
Odruchowo podnoszę głowę, słysząc dzwonek potrącony otwieranymi drzwiami. Moim oczom ukazuje się znajoma dziewczęca sylwetka.
-Judytka! - siedząca obok mnie Ewa, niemal podskakuje na widok dziewczyny, potrącając lekko moje ramię, a mi momentalnie już definitywnie odechciewa się dalszego przesiadywania tutaj.
Judykta, córka Pawła, naszego psychologa*, której największym talentem jest doprowadzanie mnie do szału, nawet się nie odzywając.
Po wylewnym przywitaniu z Ewą i innymi przedstawicielkami żeńskiej części w naszym gronie, zajęła miejsce przy moim lewym ramieniu.
-Moi rodzice doprowadzą mnie do szału – oznajmia, przysuwając do siebie mój kufel z piwem. - Daj łyka, bo nie wytrzymam tu na trzeźwo... - zanim zdążam zaprotestować, dziewczyna już pochyla szklane naczynie, łapczywie wchłaniając jego zawartość. Towarzystwo śmieje się z tej sytuacji, ja natomiast patrzę na nią z obrzydzeniem i nie jestem w stanie wykrztusić z siebie ani słowa.
Kiedy odstawia kufel z powrotem przede mną, już bez złocistej zawartości, uśmiecham się pod nosem. Przynajmniej mam pretekst, żeby już opuścić lokal i wrócić do domu.
-Nie mogę uwierzyć, że to zrobili! - mówi, a ja nie będąc ciekawym co takiego zrobili jej rodzice, oznajmiam wszystkim, że na mnie już czas.
-No daj spokój, Maciek! - Krzysiek jako pierwszy podejmuje próbę zatrzymania mnie. - Możesz przecież zamówić nowe piwo!
-Nie o to chodzi – zmuszam się do uśmiechu. - Mam jeszcze mnóstwo materiałów do przerobienia przed ostatnimi egzaminami...
Wszyscy zebrani raczą mnie pełnym powątpiewania wzrokiem, tylko Judyta niecierpliwie wpatruje się gdzieś przed siebie, nerwowo zaciskając wargi. Jest zła, iż nie pozwalam jej w końcu opowiedzieć o wybryku Pawła i jego żony. Ten widok wywołuje u mnie prawdziwy, niewymuszony uśmiech, który następnie kieruję do przyjaciół i macham ręką na pożegnanie. Nareszcie mogę się nacieszyć własnym towarzystwem.

-Nigdzie nie jadę – mówię stanowczo.
To co powiedziała mama przerasta moje wszelkie oczekiwania. Przygotowuję się na mowę zaczynającą się od Widzisz córciu, czasami tak bywa...a tymczasem dowiaduję się, iż dzwonił wujek z Zakopanego z propozycją nie do odrzucenia.
-Za późno – opowiada mama. - Już im powiedziałam, że przyjedziesz, a taka zmiana otoczenia na pewno dobrze ci zrobi... Ostatnio nic nie robisz tylko siedzisz zamknięta w pokoju, a jak już wychodzisz z domu to zaledwie na godzinę i podejrzewam, że wciąż w to samo miejsce...
-Mamo... - mówię błagalnym tonem.
-Ja wiem, że jest ci ciężko, ale musisz w końcu wrócić do normalnego życia... - dotyka lekko mojego policzka, przesuwając po nim kciukiem. Wzdrygam się lekko, nieprzyzwyczajona do takiej czułości ze strony mamy. - Myślisz, że Franek chciałby abyś marnowała swoje najlepsze lata?
Unoszę delikatnie kąciki ust do góry.
Nie chciałby.
Zawsze chciał dla mnie jak najlepiej i na pewno nie podoba mu się sposób w jaki egzystuję, odkąd go nie ma, ale wiem, że nie zmienię tego z dnia na dzień, a moja złośliwa kuzynka Judyta z pewnością mi tego nie ułatwi, ale patrząc na to z drugiej strony... Zakopane, Tatry, Krupówki... Wcale nie muszę spędzać z nią czasu. Poza tym – mogłabym w końcu uwolnić się od tych wiecznych awantur, które nie wpływają na mnie najlepiej.
-Dobrze – wzdycham lekko i spoglądam na rodzicielkę z subtelnym uśmiechem na twarzy. - Pojadę.
_________________

* nie mam zielonego pojęcia jak nazywa się psycholog naszych skoczków, ani czy jego wiek pozwala mu na posiadanie około dziewiętnastoletniej córki, ale musiałam to jakoś dopasować, więc mam nadzieję, że nie będziecie na mnie za to krzyczeć :)

Napisałam go prawie w całości przed chwilą. Miałam z nim okropne problemy, ale jak już mnie wzięło to zdania jakby same się pisały :)
Maciek, Maciek... ta maćkowa część sprawiła mi najwięcej problemów, ale chyba nie wyszło tak najgorzej. Też bym się najchętniej zamknęła na jakiś czas w swoim pokoju, ale na mojej drodze do tego celu stoi większa przeszkoda - mój pokój nie ma jeszcze ścian, tylko niepełną podłogę, czyli tak zwane stropy, czy coś takiego :)  Nie przynudzając dłużej: do następnego! :*  

PS Pochwalę się, że od dnia dzisiejszego jestem oficjalnie LICEALISTKĄ :) Ach... tylko by spróbowali odrzucić moje piękne świadectwo z paskiem...

6 komentarzy:

  1. Świetnie piszesz!
    Magda nie prowadzi sielankowego życia, ale mam nadzieję, że Maciek to zmieni. ; )
    Cała sprawa jest jeszcze trochę tajemnicza. Wciąż nie wiem kim dla Magdy był Franek, jak stracił życie i dlaczego ona chciała opuścić szkołę, ale pewnie niedługo się dowiem.
    Pozdrawiam. ; *

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym opuszczaniem szkoły chyba trochę niejasno napisałam. Chodziło mi po prostu o to, że źle się tam czuła i nie potrafiła się odnaleźć :)

      Usuń
  2. czytając to, myślałam sobie, jak bardzo uwielbiam te blogowe opowiadania :D
    a tak po kolei to urzekło mnie to przedstawienie ich obojga, jako tych niedopasowanych, samotnych, nieszczęśliwych ... urzekło mnie, że ona cierpi po utracie miłości, a jemu czegoś brakuje. I nie mogę się doczekać kiedy ich ścieżki się skrzyżują, i jak to się wszystko między nimi rozegra ...
    Jezu, naprawdę mnie zaciekawiłaś. Bo ja kocham takie historie. O miłości, zwłaszcza trudnej,a taka na pewno będzie, zwłaszcza, że Magda tak niedawno utraciła kogoś,kogo kochała ...
    czekam na kolejny z niecierpliwością, mam nadzieję, że pojawi się jak najszybciej :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratulacje dobrego świadectwa no i oczywiście przyjęcia do nowej szkoły :) Rozdział rewelacyjny. Fabuła bardzo ciekawa. Styl pisania oczywiście świetny. To wszystko składa się na to, że już pokochałam Twoje opowiadanie. Ona samotna. On niedopasowany do swojego towarzystwa. Ona nieszczęśliwa. On nieszczęśliwy. Ach ich drogi się muszą kiedyś skrzyżować. Może to nastąpić szybciej niż myślimy. Tym bardziej, że Judyta jest kuzynką bohaterki. Pozdrawiam :) Wenki życzę i czekam na następny ;*

    OdpowiedzUsuń
  4. Gratuluję szkoły! ;d Powiem Ci, że trochę się zawiodłam widząc, że wróciłaś do pierwszej osoby, bo najbardziej lubię Cię w wydaniu trzecioosobowym, ale nic, muszę się po prostu przestawić i przyzwyczaić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że właśnie się zastanawiałam czy nie przerzucić się na trzecią osobę od kolejnego rozdziału? :) Chyba to zrobię.

      Usuń