ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Doceniamy, to co tracimy, a tracimy bo nie doceniamy

Magda nawet nie zauważyła kiedy sierpień zmienił się we wrzesień, a ten z kolei od razu w grudzień. Takie przynajmniej odniosła wrażenie, pogrążona w swojej życiowej rutynie.
Lekarz prowadzący przypadek jej mamy ani przez chwilę nie ukrywał, że leczenie nie przynosi pożądanych skutków, że choroba jest silniejsza. Toteż pani Dorota zmarła pewnego grudniowego wieczora, w atmosferze nadchodzących świąt Bożego Narodzenia, które Magda była zmuszona spędzić samotnie. Od czasu śmierci żony, jej ojciec od rana do wieczora pracował, nie poświęcając swojej córce zbyt wiele uwagi, poza tym że zostawił jej na stole świąteczny prezent w postaci koperty z pieniędzmi. Na stole, bo nie miała nawet choinki, która stworzyłaby choć namiastkę świątecznego nastroju.
W Sylwestra wpadła Judyta, ale dziewczyny nie pozwoliły sobie na huczne świętowanie. Żadna z nich nie miała na to najmniejszej ochoty, bacząc na okoliczności, w których przyszło im witać Nowy Rok. Niemniej jednak Magda była ogromnie wdzięczna kuzynce za okazane wsparcie. Jeśli kiedykolwiek miała jakieś wątpliwości co do szczerości jej intencji, tamtego wieczora Judyta całkowicie je rozwiała, rezygnując z wszystkich zaproszeń na domówki, które z całą pewnością otrzymała, na rzecz samotnej Madzi, z którą nie miała nawet możliwości przeprowadzić normalnej rozmowy.
Nowy Rok powinien być nowym początkiem, czasem wyjątkowym, kiedy każdy stawia sobie konkretne cele na najbliższe trzysta sześćdziesiąt pięć dni, z których większość i tak nie zostanie zrealizowana. Dla niej to była tylko kolejna data w kalendarzu, z taką różnicą, że zmieniła się w niej jedna cyferka więcej niż zazwyczaj. Nic poza tym. Ludzie urządzali z tej okazji imprezy, wlewali w siebie hektolitry szampana, hucznie świętowali, a następnego dnia wszystko wracało do normy. Może z takim wyjątkiem, iż osoby ze słabszymi głowami musiały leczyć kaca. Nic wspaniałego.
Samotna Magda potrafiła przez dwadzieścia cztery godziny siedzieć w domu, nie odzywając się ani słowem. Czasami rzuciła krótkie pa w kierunku ojca, który wychodził do pracy i było to wszystko co była w stanie wykrztusić.
Trochę nadziei w jej serce wlała wiosna, która tego roku pospieszyła się i zawitała do ludzi już w lutym. Magda z lubością wpuszczała rześkie powietrze do swojego pokoju, dając swoim myślom odrobinę ukojenia. Nie zmieniało to jednak faktu, że wciąż czuła się osamotniona jak nigdy wcześniej. Jedyna bliska jej osoba, którą miała na miejscu, robiła wszystko by jak najczęściej być poza domem, zostawiając ją samej sobie.
Minęło sporo czasu nim Magda pogodziła się ze swoim losem. Kiedy w końcu udała jej się ta sztuka, zaczęła snuć plany na przyszłość, choć nie była pewna czy da radę odnaleźć swoją drogę. Nie potrafiła tego zrobić wcześniej, a więc teraz kiedy nie miała przy sobie nikogo bliskiego, odnalezienie się w życiu wydawało jej się wyprawą na Mount Everest.
-No i powiedzcie mi co ja mam teraz ze sobą zrobić? - spytała stojąc któregoś wieczora przy otwartym na oścież oknie. Zwracała się oczywiście do najbliższych osób, których już przy sobie nie miała. Do mamy i do Franka.
Zaśmiała się gorzko pod nosem.
Chyba zaczynała wariować.
Niemniej, gdy tylko zamknęła okno, jej głowę zaczęły nawiedzać różne pomysły na pokierowanie swoim dalszym losem.
Mogła iść na studia jak Judyta, usamodzielnić się i rozpocząć nowe życie.
Gdyby to tylko było takie łatwe... Gdyby tylko nie przemawiał przez nią strach przed kolejnym niepowodzeniem... Ale może w końcu nadszedł czas by go przezwyciężyć?
Tak, najwyższa pora.

-Powiedz mi Maciek – zaczął Kuba, wyciągając przed nim dwa krawaty – który mam założyć? Ten szafirowy, czy krwisty?
-A z jakiej to okazji? - spytał rozbawiony sytuacją Maciek.
-Z okazji – zaciął się na chwilę – z okazji ważnego spotkania.
-Czyli idziesz na randkę – domyślił się Maciek. - Myślę, że w tym niebieskim będzie ci do twarzy.
-Nie niebieskim – zaznaczył Kuba – tylko szafirowym.
-Ważne, że rozumiesz o co chodzi – uśmiechnął się Maciek.
W jego postępowaniu znów nastąpiła delikatna zmiana. Postanowił skończyć z obrzucaniem krzywymi spojrzeniami każdej napotkanej osoby, a już zwłaszcza – starał się nie przerzucać swoich humorów na najbliższych. Zdał sobie sprawę, że takie zachowanie prędzej czy później go zgubi, a on nie chciał zostać sam. Potrzebował wsparcia przyjaciół i rodziny, a mógł przecież je stracić. W ostatnim czasie przekonał się, że czasami tracimy coś czego nie doceniliśmy, a potem jest już zwyczajnie za późno. Zrozumiał swoje błędy i pogodził się z tym, że nie ma już szansy żeby je naprawić. Mógł tylko starać się ich nie powielać.
I jak na ironię – właśnie wtedy, gdy pogodził się z porażką, okazało się, że wcale nie był jeszcze na straconej pozycji.

_______

Najkrótszy rozdział ever. Przepraszam, ale nie umiem inaczej :/ Całe szczęście już to skończyłam! Postawiłam kropkę na epilogu i z tego powodu jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie! Przepraszam za to jeszcze raz i widzimy się za tydzień. Chyba, że zdarzy się jakiś kataklizm, ale mam nadzieję, że nie ;)

5 komentarzy:

  1. Tak, zgadzam się z tobą - bardzo krótki rozdział :/ Czy ja dobrze rozumiem, że już za tydzień epilog? NIE, NIE, NIE. Nie chce zakończenia tej historii, no.
    Oj, no to Madzia nie miała miłych świąt, jak i Sylwestra. Śmierć mamy przyćmiła wszystko, jakąkolwiek zabawę, czy świętowanie. Myśli nad swoją przyszłością, jakieś studia ... ale co z Maćkiem? Czyżby już kompletnie i tak na "amen" o nim zapomniała?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, za tydzień epilog :) Też myślałam, że to będzie trochę dłuższa historia, ale ja nie jestem w stanie tego dłużej ciągnąć. Strasznie mi ciąży ta historia, a teraz jak już się tego balastu pozbyłam to pisze mi się zdecydowanie lżej.
      Dziękuję za komentarz :* Za tydzień wszystkiego się dowiesz :)

      Usuń
  2. Super , zresztą jak zawsze. <3
    I nie chcę żadnego epilogu :(

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten rozdział był cudowny.
    Bo taki bardzo inny i wyjątkowy.
    Madzia straciła kolejną tak bliską osobę, osobę której chyba nawet nieświadomie bardzo potrzebowała. Ma już tylko ojca, który nie umie jak widać kompletnie stanąć na wysokości zadania i zaniedbuje córkę. Zresztą jak widać nie tylko teraz, wcześniej też, tak to niestety jest z niektórymi rodzinami, niby trwałe, a żadne.
    Na szczęście dziewczyna ma kuzynkę, w której kwestii od początku bardzo się myliłam, ciągle myślałam że tylko udaje tą dobroć, chcąc wynieść odpowiednie korzyści.
    Tylko co z Maćkiem, chłopak się niby stara, ale w jej myślach nie ma już jego imienia, albo nawet jakiejkolwiek myśli, która mogłaby do niego nawiązać.
    Więc czyżby zapomniała?
    A może miłość będzie silniejsza, miłość wróci...
    Albo i nie, albo pogadają kiedyś jako ludzie, nie jako zakochani...
    Trzymaj się kochana i czekam<3<3

    OdpowiedzUsuń
  4. To ostatnie zdanie daje pewną porcję nadziei przed epilogiem. Ale na samą myśl o epilogu chce mi się płakać.
    Judyta zaskoczyła chyba wszystkich, bo na początku trudno było przypuszczać, że to ona zostanie w końcu dla Madzi najbliższą osobą.
    No ale Judyta ma przecież swoje życie, więc Magda jest skazana na siebie i... Maćka?
    Tego Maćka, który jednak coś zrozumiał.
    Czekam <33

    OdpowiedzUsuń